Przejdź do treści

Dlaczego brudna kuchnia świadczy o mojej… doskonałej organizacji?

Zawsze byłam zwolenniczką dwóch idei, jeśli chodzi o sposób życia. Pierwsza: żyj po swojemu i daj żyć innym tak samo. Druga: wyciskaj życie jak cytrynkę. 😉 A potem pojawił się Antek i to, co działo się w mojej głowie, to było jakieś szaleństwo. Dosłownie, szaleństwo. Nie potrafiłabym tego podzielić na jakieś poziomy, czy aspekty, po prostu kocioł. No, pranie mózgu normalnie. Pomyślałam, że ten okres, kiedy wiele osób robi sobie nowe plany, to dobry moment na taki wpis. Warto robić plany znając swoje (i Waszych dzieci ;)) możliwości. Żeby sobie potem nie wyrzucać, że inni to robią więcej.

Moje dziecko, to jedyne dziecko, na jakie mam wpływ

Dużo czasu zajęło mi, żeby się z tym pogodzić. Wiem, że nie mam monopolu na sposób wychowania czy karmienia. Co nie zmienia faktu, że tu na blogu owszem, piszę o tym, co uważam, że jest najlepsze. Po prostu przestałam się wściekać i próbować zmieniać świat. Niemniej do tej pory jest mi ciężko na serduszku, kiedy ktoś mówi, że jego 10-miesięczne dziecko nim manipuluje, albo że dziecko trzeba nauczyć zasypiania i – w związku z tym – ma się wypłakać, albo że dietę można rozszerzać dziecku po 4 mż.

Czy od pojawienia się na świecie mojego dziecka życie przecieka mi przez palce? Czy jestem zorganizowaną mamą?

zorganizowana mama

Druga sprawa jest taka, że długo miałam właśnie takie poczucie, że czas mi przecieka przez palce. I o tym właśnie dzisiaj chciałam Wam napisać.

Mój pomysł na życie i moje warunki

„A ci znajomi, którzy nie mają dziecka, to już byli tam i tam. A tamci znajomi to mają dziecko i byli tam i tam, zrobili to i to. No coś muszę robić źle!” Czy na pewno?

Temperament dziecka (i Twój)

No… nie musisz. Po pierwsze wiele zależy od temperamentu Twojego dziecka. Niektóre dzieci bez problemu znoszą podróże, nowych ludzi, duże skupiska ludzi, dużo atrakcji/mało atrakcji i w ogóle łatwo się adaptują. Albo można je sobie położyć pod jakimiś zabawkami, w bujaczku i ono będzie sobie tam dłuższy czas leżało. Inne dzieci po prostu nie. Na przykład moje. Dla nas w pierwszym roku życia Antka ogromnym wyzwaniem było wybranie się nad rzekę czy do rodziców/teściów, bo był wrzask w samochodzie. Nawet spacery z wózkiem były wyzwaniem i o ile chusta w dużej mierze była wyzwoleniem, to też miałam jakieś granice, ile to dziecko mogę nosić i jak daleko się z nim wybrać. Właśnie. Moje granice też były (i są) istotne. Niektórzy ludzie są bardziej energiczni i tak kombinują, żeby jednak ogarniać, to co chcą ogarniać. Ale nie wszyscy tacy są. Jeśli do nich nie należysz, to nie, nie musisz robić nic ponad. Czasem największe osiągnięcie to to, że dziecko dostało jedzenie i miłość, a Ty przetrwałaś_eś.

Dostęp do babci i niani

zorganizowana mama

Po drugie, niektórzy młodzi rodzice mają łatwy dostęp do babć i niań. I chcą go mieć. W naszym wypadku jest tak, że nie chcemy, bo uważamy, że skoro nam jest trudno czasem ogarnąć nasze dziecko, to co dopiero komuś innemu (szczególnie mającemu 50 czy 60 lat i chore plecy). No i kp też jest tutaj jakimś ograniczeniem dla obu stron, przy butelce nie ma takiego problemu. Najważniejsze jest zdecydować, czy moim priorytetem jest kp czy wychodzenie z domu. Jak już zdecydujecie, to zorientujecie się, że nie ma nad czym płakać. Dla mnie kp było i nadal jest ogromnie ważne. Dlatego nie żałuję tego, jakim było i jest ograniczeniem. Jeszcze sobie powychodzę i pojeżdżę bez dziecka. 🙂 Już teraz nie widzę tego w kategorii umartwiania się, bo to jest moja decyzja, z którą czasem jest mi ciężko, ale ostatecznie jestem z niej zadowolona. A teraz to i tak nie ma żadnego znaczenia. Bo covid.

Moje, a nie cudze, osiągnięcia w macierzyństwie (i nie tylko)

Po trzecie, zamiast myśleć sobie o tych, którzy tak dużo robią, pomyśl o tych, którzy robią mało. Generalnie jestem zwolenniczką pięcia się w górę i porównywania się w górę, żeby się motywować do działania. Niemniej w niektórych sytuacjach może to być demotywujące. Taką sytuacją jest sytuacja młodego rodzica, w szczególności rodzica małego hajnidka. Zatem zawsze, gdy mi źle, uświadamiam sobie, ile zrobiłam i ile widziałam przez moje życie do tej pory (także przed dzieckiem). I po linii najmniejszego oporu porównuję się do osób, które moim zdaniem zrobiły i robią mało, a tylko narzekają, że niczego nie zrobiły i nie widziały, mimo tego, że mają wszelkie zasoby, żeby te rzeczy osiągnąć. To mnie tak zwyczajnie, po ludzku pociesza. Sam fakt, że ja wykorzystuję co tylko mogę i kradnę dla siebie czas, i kombinuję, i planuję, i się nie poddaję. Chociaż czasem lepiej się poddać. Zależy, o co chodzi. 😉

No to jak jednak coś z tego życia wyciskać? Być zorganizowaną mamą?

Zacznij tu, gdzie jesteś

Najważniejsze to umieć pracować z tym, co się ma. Jeśli jako studenci, nie mieliśmy z małżem zbyt wiele kasy na podróżowanie, to odkładaliśmy, a potem szukaliśmy najtańszych opcji przejazdu i noclegu. Zamiast jęczeć, że teraz nie mam pieniędzy na wyjazd – zaciskam pasa, żeby mieć. Jak marudzę, że nie mam czasu, żeby usiąść i odpocząć, to sprawdzam, czy na pewno nie mogłabym czegoś odpuścić i jednak usiąść. Już nie płaczę, że nie mogę zjeść z dzieckiem w knajpie, tylko zamawiam do domu albo olewam i gotuję. Przy okazji oszczędzę. 😉 Kombinuję z tym, co mam. Zorientowałam się niedawno, że tak naprawdę pod tym kątem posiadanie dziecka nic nie zmieniło. Po prostu muszę więcej kombinować.

I odpuść, że nie dasz rady więcej

Czasem wieczorem jest mi źle z tym, że jedyne, co robię, to oglądanie serialu/filmu. Mimo, że zakładam sobie, że poćwiczę jogę, chociaż 20 minut, że ogarnę kuchnię, że odhaczę coś z mojej listy do zrobienia. Albo chociaż książkę poczytam. A potem Antek zasypia po 21 (albo 22…) i po prostu robię sobie kanapki, a potem padam przed Netfliksem. Kicha trochę, nie?

Ale! Mój mąż uświadomił mi, że odkąd mamy dziecko nie ma takiego dnia, w którym wieczorem pomyślelibyśmy „no przebimbaliśmy ten dzień, nic nie zrobiliśmy”. Zawsze wychodzimy z domu. Co z tego, że zwykle tylko na plac zabaw lub spacer? Codziennie czytamy dziecku, bawimy się z nim (czasem zabawkami/pomocami, które sami mu zrobimy). Ćwiczymy to, co zaleciła nam fizjoterapeutka, bandażujemy nóżki, rozkładamy ścieżkę sensoryczną. Angażujemy Antka w coraz więcej czynności, gotujemy zbilansowane posiłki, planujemy jedzenie, aktywności, wyjścia. Każdy dzień przynosi owoce i to jest piękne w tym całym wyczerpaniu. Dopóki mam to poczucie, uważam, że nie trwonię czasu.

Inne oblicze słynnej „kwestii organizacji”

Powiem tak… pieprzyć, że w domu brudno, mój stan psychiczny jest ważniejszy. Nauczenie się tego długo mi zajęło. Teraz, jeśli coś zakłóca mój spokój, to Antek, który zbyt szybko obudzi się z drzemki (bo ząbkuje, bo chory, bo tak, bo jest po prostu hajnidem i chyba też chce wyciskać to życie). Edit: jakoś dawno to pisałam, więc trzeba tu aktualizacji. Teraz to raczej, jak za długo i za późno ma tę drzemkę, bo wtedy wieczorem nie chce iść spać. Woli wyciskać więcej z wieczora, jak jego mama, zanim się pojawił 😉 Uznałam, że warto to zostawić, żeby pokazać, jak to się wszystko szybko zmienia. 🙂

zorganizowana mama

Poza tym ta organizacja, gdy ma się dziecko i decyduje się na to, żeby z nim być cały czas, dopóki nie pójdzie do przedszkola, jest po prostu inna. Nie jest wcale gorsza. Wymaga od rodzica wiele żonglerki, robienia raz tego, innym razem tamtego, pozwalania sobie na to, żeby był bałagan, ogółem – odpuszczania – bo są ważniejsze rzeczy. Z doświadczenia wiem, że w końcu i na sprzątanie przychodzi czas. To moja sprawa, jak wykorzystuję swój czas. I jeśli wieczorem padam wyczerpana (a zwykle padam), to mam poczucie spełnienia i daję sobie święte prawo wypiąć się na brudną kuchnię i oglądać serial. A że mam ją za plecami, to nie jest takie trudne. Tak się zorganizowałam! 😉

Czy rzeczywiście młodej mamie czas przecieka przez palce?

Ten przedostatni akapit dedykuję przede wszystkim świeżutkim mamom, które ciągle borykają się z różnymi presjami ze strony otoczenia. Te presje zagłuszają matczyny instynkt, który podpowiada „bądź blisko z dzieckiem”. Pierwszy rok życia dziecka uważam za absolutnie wyjątkowy pod wieloma kątami. Z jednej strony cieszę się, że jesteśmy już po drugiej stronie i mam gadającego, chodzącego na dwóch nóżkach małego człowieczka, a nie wściekłą/rozkoszną (w zależności od dnia i chwili) turbonieprzewidywalną kulkę. W porównaniu do tego „bunt dwulatka” (taki typowy, włącznie z rzucaniem się na podłogę w odpowiedzi na nie) to pestka. 😉

Z drugiej… to był właśnie ten czas, kiedy budowałam bliskość z moim dzieckiem i właściwie nic innego niż jego dobrostan mnie nie obchodziło. No, może mój jeszcze, choć z tym bywało różnie niestety. Teraz uważam, że ten właśnie wspólny czas jest absolutnie bezcenny i szkoda byłoby go zmarnować na cokolwiek innego. A minął szybciej, niż się tego spodziewałam.

Doceń to, co robisz

Dla siebie i dla dziecka. Doceń swoje starania i wysiłki, nawet jeśli czasem spełzają one na niczym. Nawet jeśli wychowywanie dziecka to syzyfowa praca (to tylko pozory ;)). Kiedy czujesz, że dosłownie wyszarpujesz chwile dla siebie, uciekając do toalety. Nie szarp się między praniem a książką. Jak dziecko zaśnie, to weź tę książkę i się nie biczuj. Robisz to także dla dziecka – bo (choć trochę) zrelaksowana mama, to fajniejsza i cierpliwsza mama. Bardzo Ci życzę tej równowagi i samodocenienia! Sobie też, bo nie do końca ją osiągnęłam, ale jestem bliżej niż dalej. Mam nadzieję, że dzięki temu, co napisałam, dostrzegasz już, że wcale nie robisz tak mało. Po prostu nie ma dwóch takich samych sytuacji i choć efekt u dwóch różnych osób może być różny, to wkład pracy mógł być taki sam. Jego po prostu nie widać na pierwszy rzut oka.

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Podążasz za sobą czy za tłumem?
  2. Wakacje z hajnidem. Czy to w ogóle możliwe?
  3. 19 rzeczy, których nauczyło mnie bycie mamą niemowlaka
  4. Porzuć życie na pokaz | 52 Tygodnie Pozytywności
  5. Zaufaj sobie i rób swoje | 52 Tygodnie Pozytywności