Identyfikuję się jako mama. Identyfikuję się też jako feministka. Niemożliwe? A jednak! Uważam, że feminizm = dawanie sobie i innym wolności wyboru. A po raz kolejny trafiłam się na zdania w stylu „dzieci to nie wszystko, kariera też jest ważna” albo „nie rozumiem jak można definiować się przez innych ludzi”. Nie ma problemu. Ja Wam wytłumaczę jak można.

Jakim prawem identyfikuję się jako mama?

Człowiek ma naturę stadną

Po pierwsze, człowiek bez innych ludzi w zasadzie nie ma sensu. Wszystko, co robimy, dotyka innych ludzi. I jak się często mówi w kontekście ochrony środowiska: Ziemia sobie bez nas doskonale poradzi, my bez Ziemi nie, więc to nam powinno zależeć, żeby o nią dbać. Podobnie czym jest jednostka bez społecznego kontekstu? Bez jakichkolwiek bliskich ludzi, przyjaciół, rodziny? A praca? Czy jest jakakolwiek praca, jakikolwiek zawód, który choć odrobinę nie służy ludziom, choćby pośrednio? Najbardziej szanowane społecznie zawody, to te, które nam służą wyjątkowo. Potrzebujemy siebie wzajemnie. W tym kontekście odżegnywanie się od identyfikacji poprzez innych ludzi jest dla mnie co najmniej hipokryzją. I jeśli mogę się identyfikować jako dekoratorka (czyli urządzam mieszkania DLA KOGOŚ), to dlaczego nie mogę identyfikować się jako mama? Dlatego, że nie przynosi mi to materialnych korzyści? Może mi to ktoś logicznie wytłumaczyć?

identyfikuję się jako mama

Dziecko to największe wyzwanie mojego życia

Widzę to w ten sposób, ponieważ jestem za nie całkowicie odpowiedzialna w pierwszym – kluczowym dla jego rozwoju – okresie jego życia. Staram się balansować tak, żeby nie popaść w skrajne wyczerpanie, spełniając wszystkie jego potrzeby natychmiast, ale jednak od czasu do czasu zwracać uwagę na swoje. [Chociaż prawdę mówiąc teraz, kiedy ewidentnie przechodzi jakąś kulminację lęku separacyjnego nie jest łatwo i zaczynam trochę mieć dosyć tego poczucia, jakbym znowu się z dzieckiem zlała w jedno.] Oraz mu to tłumaczyć. Jest jeszcze malutki, ale tłumaczę mu to na każdym kroku, licząc na to, że nadejdzie taki dzień, że kiedy powiem „potrzebuję teraz poczytać w spokoju książkę i wypić ciepłą kawę”, to zrozumie.

Dziecko ma dla mnie dużo większą wartość niż kariera czy pieniądze

Wiadomo że są potrzebne, ale ja nie mam dużych materialnych wymagań wobec życia. Wiem też doskonale, że to jest bardzo nietypowe w obecnych czasach, kiedy w zasadzie większość ludzi w moim wieku albo już wzięła kredyt hipoteczny albo się do niego przymierza. My wynajmujemy. Znajomi chodzą co weekend do knajp, klubów, my nie. Nasi sąsiedzi w bloku mają wypasione samochody, my mamy pełnoletnią fabię. Ale nie mamy z tym żadnego problemu. Mamy inne priorytety (chociaż przyznaję, że może klimatyzacja by nam się przydała w samochodzie ;)).

Pytanie więc do Was: czy jeśli czyjeś życie jest dalekie od przeciętnej w którąkolwiek stronę w jakimkolwiek aspekcie, czy to znaczy, że to życie jest gorsze? Czy nie mamy prawa tworzyć domu, w którym jestem pełnoetatową mamą, w którym lubimy sami gotować, piec, majsterkować, chodzić po lesie zamiast po knajpach? Nie każdy lubi mieć wszystko na gotowe, niektórzy lubią tworzyć własne od podstaw. W ogóle nie rozumiem, dlaczego nadal trzeba ludziom tłumaczyć, że nieprzeciętny nie znaczy gorszy. Nie mieści mi się to w głowie, a naprawdę się staram poszerzać swoje myślowe horyzonty i zrozumienie dla innych.

Nikt na starość nie mówi „żałuję, że nie pracowałem więcej”

To taka trochę klisza, bo właściwie nie da się tego sprawdzić. Ale każde z Was może zapytać samo siebie, czy wyobraża sobie siebie pod koniec życia żałującego, że mniej pracował? A ile osób raczej powiedziałoby „żałuję, że nie spędzałam więcej czasu ze swoimi bliskimi”? Wystarczy odrobina refleksji i życie w zgodzie ze sobą, zamiast ciągłego udowadniania czegoś światu. Czy jestem wystarczająco inteligentna, czy jestem wystarczająco niezależna, czy zarabiam odpowiednią ilość pieniędzy, a może mogłabym więcej, więcej, więcej… Wiecie, że to się nigdy nie kończy?

Nie chcę żyć tak, jak obrazuje ten cytat „Ludzie kupują rzeczy, których nie potrzebują, za pieniądze, których nie mają, żeby zaimponować ludziom, których nie lubią.” Ok, jeśli Twoim pragnieniem jest zarabianie dużych ilości pieniędzy i robienie kariery, to rób i bardzo się cieszę, jeśli Ci się to udaje. Tylko proszę Cię, nie mów mi, jak ja mam myśleć i co mam robić ze swoim życiem i traktować mnie jak tępą dzidę tylko dlatego, że spełniam się jako matka, bo mnie coś strzeli.

identyfikuję się jako mama

Dziecko niesamowicie rozwija i czyni lepszym człowiekiem

Trzeba tylko mu na to pozwolić. Dlatego właśnie własny rozwój stawiam na równi z jego, bo gdybym ja się nie rozwijała i nie dbała o swoje potrzeby, to nie byłabym w stanie napełnić „kubeczka” mojego dziecka. A może właściwie dopiero się tego uczę.

Ostatnio krąży po sieci tekst, z którym prawdopodobnie się spotkałyście, o tym, jak to komuś rodzicielstwo bliskości nie pasuje, bo przez tę ideę on się czuję źle, bo nie jest idealny, a w ogóle to przez to całe rb dzieci mają próchnicę. Mhm. Bardzo trafnie podsumowała to na Facebooku Asia Jaskółka – rodzicielstwo bliskości uczy nas tego, żeby sobie też odpuścić, tak jak odpuszczamy dziecku. Jeśli nauczymy się tego, że nikt z nas nie jest idealny, to łatwiej nam będzie pozwolić na błędy sobie, ale też na to, żeby nasze dziecko nie było posłuszne i podporządkowane, bo tego wymagają od nas inni ludzie. Ten styl rodzicielstwa – rb – który i ja wybieram – nie jest łatwy, bo stoi pomiędzy nadmiernym permisywizmem, a nadmiernym karaniem i ustawianiem dziecka, jak nam się podoba.

Więc myślę sobie, że mam szansę naprawdę czegoś się nauczyć. Jeśli tylko pozwolę na to, by odpuścić kontrolę, by dać się poprowadzić swojemu dziecku i starać się troszczyć o potrzeby całej rodziny.

Po prostu tak mi w duszy zagrało

Zajarałam się wychowaniem, rodzicielstwem bliskości, karmieniem piersią, rozszerzaniem diety i ogólnie rozmaitymi aspektami bycia rodzicem. To nie znaczy, że jestem głupsza lub gorsza od Ciebie, która robisz karierę i dostajesz na rękę 10 tysięcy miesięcznie, a w tym czasie Twoim dzieckiem zajmują się opiekunki w żłobku. To nie znaczy też, że Ty jesteś gorsza ode mnie, która „siedzę” w domu i głównie towarzyszę mojemu dziecku, a poza tym łapię krótkie momenty w ciągu dnia, w których mogę zrobić coś dla siebie – napisać tekst na bloga, zrobić zdjęcie na instagram, poćwiczyć jogę.

Jesteśmy różne i podjęłyśmy takie decyzje, z którymi jest nam najbardziej komfortowo. Nie rozumiem skąd w zachodnim świecie przeświadczenie, że ktoś, kto ogarnia dom, jest gorszym człowiekiem. Hej, ja też mam dyplom magistra najlepszej uczelni w tym kraju, wiesz? Tylko że jeśli założyłaś sobie, że skoro identyfikuję się jako mama, to jestem tępa, a moje zainteresowania są denne, to nie wpadniesz na to, że mogłabym być godną Ciebie rozmówczynią*.

*Btw. jeśli nie masz dyplomu, to wcale nie znaczy, że jesteś dennym rozmówcą – chciałam tylko pokazać absurd takich założeń.

Dlatego.

I dlatego właśnie odważam się dzisiaj – z pełną świadomością konsekwencji – powiedzieć, że identyfikuję się jako mama. Czuję się mamą, pozwalam temu doświadczeniu całkowicie się wypełnić i pochłonąć, i dobrze mi z tym. Prawdę mówiąc bardziej identyfikuję się jako mama niż jako kobieta – płeć ma w moim odczuciu naprawdę drugorzędne znaczenie w życiu. A to, że dbam o siebie, nie znaczy dla mnie, że „pielęgnuję swoją kobiecość”. 😉 Naprawdę, to całe gadanie o tym, że to beznadziejne, że kobieta tak nie powinna, bo coś tam coś tam, bo przecież jest jeszcze tym i tym, a dziecko to nie całe życie itd. Kim jesteście, żeby oceniać wybory dotyczące czyjejś identyfikacji? Naprawdę z wieloma rzeczami można dyskutować, można się spierać, wysuwać argumenty, co jest lepsze, a co nie, przerzucać się dowodami naukowymi. Ale identyfikacja? Każda, która nikogo nie krzywdzi, jest spoko.

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Największy mit macierzyństwa
  2. 19 rzeczy, których nauczyło mnie bycie mamą niemowlaka
  3. Droga mamo wymagającego dziecka
  4. Macierzyństwo to nie bajka